fbpx

Wakacje w Niemczech i Szwajcarii

Rok szkolny się kończy, studenci ostatkiem sił walczą z sesją, na ryneczkach pojawiły się czereśnie – wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jedno – wielkimi krokami zbliżają się WAKACJE. Wielu z Was drodzy czytelnicy zapewne zastanawia się gdzie spędzić urlop, dlatego razem z najlepszymi blogerkami piszącymi o językach i kulturach innych krajów postanowiłyśmy wyjść naprzeciw Waszym potrzebom i zachęcić Was do odwiedzenia naszych ulubionych krajów. To już trzecia odsłona cyklu W 80 blogów dookoła świata, część pierwsza o książkach do poczytania TUTAJ, część druga o najdziwniejszych i najśmieszniejszych słowach TUTAJ.
W swoim wpisie postanowiłam przedstawić Wam moje wrażenia i porady dotyczące Niemiec i Szwajcarii. Podobne wpisy znajdziecie też na innych niemiecko-szwajcarskich blogach, ale każda z nas ma inne doświadczenia, więc nasze spojrzenie na te kraje będzie się na pewno nieco różnić. Jeśli interesują Was również inne kraje to zapraszam na koniec posta, gdzie podam Wam jak zwykle linki do pozostałych wpisów z serii W 80 blogów dookoła świata. Zaczynamy!

Urlop w Niemczech

Co warto wiedzieć?

  • Drogi. Niemcy są znane ze swoich autostrad. W wielu miejscach nie ma górnego limitu prędkości, więc można sobie poszaleć, ale tam, gdzie jest ograniczenie to należy się do niego dostosować. Znajomy opowiadał, że wyprzedzał się kiedyś na zmianę  przez kilka kilometrów z kierowcą z Holandii, aż ich policja niemiecka zatrzymała i musieli płacić słone mandaty.
  • Jeśli chodzi o korki, to zdarzają się przy obwodnicach (tzw Ringach) dużych miast, jeśli znacie niemiecki, to możecie włączyć lokalne radio, w godzinach szczytu zawsze są podawane korki wraz z ich długością np: bis zu 3 km Stau (korek) auf der A92 Richtung (w kierunku) München zwischen (pomiędzy) Flughafen München und Kreuz Neufahrn.
Źródło
  • Dosyć często spotykanym znakiem na autostradzie jest ten obok. Oznacza on, że dane ograniczenie obowiązuje tylko w przypadku mokrej nawierzchni (np. w trakcie i po deszczu).
  • Kaucja zwrotna. Wspominałam już raz o niej przy okazji wpisu o automatach z kiełbaskami TUTAJ. O co chodzi? W sklepach (nie jestem pewna co do restauracji) do ceny napoju w puszce lub butelce należy doliczyć cenę kaucji, jakiś czas temu było to 8 centów za szklaną butelkę i 25 centów za puszkę. Jeśli kupowaliście np piwo albo Colę w Lidlu, to w Lidlu będziecie mogli puszkę/butelkę zwrócić w automacie przed kasami. W zamian dostaniecie papierowy wydruk, który będzie można wykorzystać przy najbliższych zakupach w danym supermarkecie.
  • Jeśli jedziecie samochodem do dużego miasta, to warto sprawdzić wcześniej przepisy dotyczące samochodów. W centrum Berlina obowiązuje np tak zwana Umweltzone, żeby móc się tam swobodnie poruszać należy mieć wykupioną odpowiednią plakietkę (do poczytania TUTAJ). Obowiązuje ona we wszystkich miastach, w których jest Umweltzone. Brak plakietki może zostać ukarany mandatem.
  • Sklepy są zamknięte w niedziele.

Co warto zwiedzić?

W Niemczech jest dużo ciekawych rzeczy do zwiedzenia, ja sama mam jeszcze długą listę miejsc, które chciałabym odwiedzić. Dziś proponuję kilka miast, w których byłam, a których dokładniejsze opisy się jeszcze na blogu na pewno pojawią:

  • Berlin. Jeśli mieszkacie w północno-zachodniej Polsce to Berlin jest od Was tylko rzut beretem, jeśli macie możliwość, to warto się tam wybrać. W stolicy każdy znajdzie coś dla siebie, są tam typowe muzea i galerie, jak również takie bardziej zakręcone miejsca. Mi osobiście bardzo spodobała się przejażdżka super-szybką windą na Fernsehturm (wieżę telewizyjną); dosyć małe, ale za to bardzo ciekawe DDR Museum i Classic Remise Berlin, gdzie można za darmo obejrzeć odnowione stare auta, a jeśli macie ok 200-300 fruwających po portfelu luzem ojro, to takie autko można sobie nawet wypożyczyć na kilka godzin. A tak przy okazji – Berlin znajduje się na niemieckich Mazurach ;) i jest otoczony kanałami i jeziorami, więc fani sportów wodnych też znajdą tutaj coś dla siebie.
Classic Remise Berlin
  • Konstancja. Miasto znajduje się dosyć daleko od Polski i niestety leży spory kawałek od sensownych lotnisk. Ja zawsze korzystałam z lotniska Memmingen, ale to ponad 100km od Konstancji. Tak w ogóle Konstanz to takie trochę nasze Zakopane – Niemcy chętnie przyjeżdżają tu na urlopy i wakacje. Co można robić w KN? Ja uwielbiam wyspę Mainau z kolorowymi kwiatami i Schmetterlingshaus (motylarnia), termy i spacery wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Moim niespełnionym marzeniem jest 273 kilometrowa “przejażdżka” rowerem dookoła jeziora przez 3 państwa: Niemcy, Austrię i Szwajcarię. Konstancja to też świetne miejsce wypadowe do Szwajcarii właśnie, do gór też jest bardzo blisko (moje piękne zdjęcie z Säntisa do obejrzenia TUTAJ).


  • Drezno. Obok Berlina to chyba drugie najczęściej odwiedzane przez Polaków duże niemieckie miasto. Dojazd do niego też jest dosyć prosty. W pobliżu znajduje się piękna Szwajcaria Saksońska, której nie miałam okazji jeszcze zwiedzić, ale jest na mojej liście do zobaczenia. W samym mieście jest naturalnie piękna starówka, obejrzeć tez można największy instrument na świecie (pisałam o nim TUTAJ) i absolutny hit – moim zdaniem najlepsze muzeum w jakim byłam, czyli Grünes Gewölbe. Jest to były skarbiec władców saksońskich i takich błyskotek, to nie widziałam nawet w telewizji ;). Krótki wpis z mojego zimowego wyjazdu do Drezna znajdziecie TUTAJ.
Grudniowy Zwinger w Dreźnie, latem jest tu dużo ładniej, bo są fontanny. Na dziedzińcu odbywają się też koncerty.

Co zjeść?

  • Rostbratwurst i Currywurst. Niemieckie kiełbaski są sprzedawane praktycznie o każdej porze roku, więc nie powinniście mieć problemu z upolowaniem ich. Serwowane są zazwyczaj w bułce (bywają nawet sztuki półmetrowe!) z dodatkiem ketchupu i/lub musztardy.
  • Kartoffelsalat. Fanką sałatki ziemniaczanej nie jestem, ale jest to faktycznie danie niemieckie, które często widywałam w karcie dań.
Kartoffelsalat z ogórkiem, Berlin
  • Precle. A konkretnie Butterbrezel, czyli precle z masłem. Niby nic specjalnego, ale je po prostu UWIELBIAM. O ile w Polsce nie miałam jakoś do nich dostępu, to teraz w Szkocji lokalny Lidl mnie rozpieszcza i zamiast bułek codziennie na śniadanie wcinam precla z masłem i czasem innymi dodatkami. Pamiętam, że jadłam precle z serem w Berlinie (można je kupić nieopodal Berliner Dom jak również Reichstagu), ale ta wersja zupełnie mi nie podeszła. Nie ma to jak ciepły precel z masełkiem, posypany grubą solą. Mmmm rozmarzyłam się!
  • Piwo. Piwa się oczywiście nie je, tylko się je pije. Smakoszem nie jestem, ale jeśli Wy jesteście to zawsze starajcie się szukać lokalnych wyrobów. Na długo przed tym jak u nas nadeszła moda na lokalne trunki, w Niemczech można było spróbować wytworów miejscowych warzelni.

Co kupić?

  • Książki. O ile ceny w księgarniach zbyt przyjazne nie bywają, zawsze warto poszukać pozycji oznaczonych jako Mangelexemplar. Książki takie zazwyczaj mają albo stempel z tym napisem, albo drapniętą tylną okładkę, poza tym nic im nie jest ;). Warto się również zakręcić i poszukać Flohmarktów, czyli pchlich targów, tam można książki upolować już za 1-2 euro.
  • Kosmetyki i chemia. Chcecie to się śmiejcie, ale niemiecka chemia jest faktycznie dużo lepsza od polskiej, a do tego często tańsza. Rodzicielka ma przeprowadziła testy w domu, więc wiem co mówię ;). A poza tym – hej włosomaniaczki! DM jest właśnie niemiecką drogerią i jest w wielu miejscowościach, więc bez problemu kupicie tu wszystkie kosmetyki z Alverde i Balei.
  • Alkohol. Trochę to niepedagogiczne, bo może młodzież też mnie czyta, ale z moich osobistych doświadczeń wynika, że alkohol w Niemczech jest zazwyczaj dużo tańszy niż w Polsce. Pamiętam za czasów studenckich różnicę w cenie japońskiego wina śliwkowego – w Polsce 20zł, a w Niemczech najpierw 99 centów, a ostatnio jakoś koło 2 euro. Obydwa były butelkowane w Niemczech.
Urlop w Szwajcarii 

Co warto wiedzieć?

  • Języki. W Szwajcarii mamy 4 języki urzędowe, na mapce zaznaczone odpowiednio: niemiecki (pomarańczowy), francuski (zielony), włoski (granatowy) i retoromański (fioletowy). W związku z tym nie wszędzie dogadamy się po niemiecku, a i niemiecki, który usłyszymy, będzie się znacząco różnił od tego używanego w Niemczech. Jeśli jesteście ciekawi Schweizerdeutsch to zajrzyjcie na bloga Ani TUTAJ. A jeśli ciekawi Was różnica w mentalności niemieckich i francuskich Szwajcarów to zajrzyjcie na bloga Jo TUTAJ. Podsumowując, językowo najbezpieczniejszą opcją będzie chyba angielski.
  • Waluta. Odkąd Polska jest w Unii przyzwyczailiśmy się, że wszędzie można jechać na dowód i w większości zachodnich państw płacimy w euro. Nie zapominajcie, że Szwajcaria nie jest członkiem Unii i ma swoją własną walutę – frank szwajcarski. Niby oczywistość, ale warto o tym pamiętać :).
  • Drogi. W Szwajcarii nie ma bramek na autostradach, ale należy kupić winietę za ok 40 franków, która z tego co pamiętam starcza na rok i wtedy można śmiało jeździć autostradami. Pamiętajcie, że Szwajcaria to nie Niemcy i na autostradach obowiązuje ograniczenie prędkości do 120 km/h. Nie wierzycie? To obejrzyjcie sobie mandat u Jo TUTAJ. Jak myślicie ile wynosi kara za przekroczenie dozwolonej prędkości o 1 km/h?
  • Jak na przeciętną polską kieszeń w Szwajcarii jest niestety dosyć drogo. Jedną z opcji jest zatrzymanie się np w Konstancji i jednodniowe wypady za granicę. Wielu Niemców tak robi, dlatego ciężko czasem w KN znaleźć wolny pokój.
Granica szwajcarsko-niemiecka w Konstancji. Pozuje autorka bloga.

Co warto zwiedzić?

  • Rheinfall. Największy wodospad w Europie. Wklepujecie w GPSa nazwę miejscowości Schaffhausen i jesteście w domu. W całym mieście są znaki prowadzące do wodospadu, nie da się nie trafić. Z jednej strony znajduje się biletowane podejście do wodospadu, gdzie możecie nieomal zanurzyć dłonie w wodzie ;). Z drugiej strony jest restauracja, ale wodospad można podziwiać też bezpłatnie. Istnieje tez opcja podpłynięcia statkiem i wejścia na wysepkę znajdującą się po środku wodospadu. Czasem z łódki można zobaczyć też ryby skaczące pod prąd. Rheinfall jest piękny i zdecydowanie warto się tam wybrać, jeśli będziecie w pobliżu.
Rheinfall
  • Podróż Glacier Expressem. Szwajcaria to kraina torów, tras i pociągów typowo turystycznych jest tam niemało, ja najbardziej napaliłam się na GE po obejrzeniu filmu dokumentalnego. Podróż od St. Moritz do Zermattu trwa ok 8 godzin, za dodatkową opłatą można wykupić posiłek na pokładzie. Widoki są super, dostajecie do tego słuchawki i w trakcie podróży słuchacie historii Szwajcarii i mijanych miejscowości. Ja niestety nie miałam okazji, ale warto po takiej podróży przenocować w Zermatt i następnego dnia podziwiać piękny Matterhorn, jeden z najbardziej charakterystycznych szczytów alpejskich. Z tego, co kojarzę jeździ też w tamte rejony kolejka.
Glacier Express, St. Moritz.

Co zjeść?

  • Rösti. Potrawa ziemniaczana. Ja miałam okazję zjeść Rösti domowej roboty, przygotowywane przez prawdziwego Szwajcara tymy szwajcarskymy ręcamy ;). Danie nie jest bardzo wymyślne, ale do tego stopnia dobrze smakuje, że skusiłam się na nią jeszcze raz w Bernie.
Rösti
  • Serowe Fondue. Jadłam w restauracji. Szału z mojej strony nie było, ale kiedyś zdecydowanie zamierzam spróbować fondue robionego w domu. Jeśli jesteście zblazowanymi turystami i fondue już Wam uszami wychodzi, to może skusicie się na Fondoga ;D? TUTAJ zdjęcie i opis.
  • Raclette. No dobra, tutaj trochę oszukuję, bo moje raclette było francuskie i jadłam je w Niemczech. Ale ponieważ kuchnia francuska i szwajcarska ma ze sobą dużo wspólnego, to przymknijmy na tę drobną nieścisłość oko i zacznijmy się rozkoszować tym cudnym serem. W domowych warunkach raclette roztapia się na raclettownicy, takim trochę a la opiekaczu, ale bez klapki zamykającej. Z raclette zjada się zazwyczaj ziemniaki z wody, ogórki korniszone i jakąś szynkę. Oficjalnie UWIELBIAM sery, a topione w szczególności!
  • CZEKOLADA. Czekoladoholiczką nie jestem i trudno zaspokoić moje podniebienie, ale boskiej szwajcarskiej czekoladzie się to udało zrobić, kilka RAZY. I w sumie nie ważne, czy to była średnio-półkowa pistacjowa czekolada Frey z Migrosa, czy grzechu warta czekolada z Läderach Confiseur Suisse, za każdym razem szaleństwo kubków smakowych gwarantowane! Tylko Lindta coś nie lubię, za słodki jest jak dla mnie :(.
Läderach, Berno

Co kupić?

  • Tu Wam za mocno nie pomogę, bo kupowałam tylko czekoladę. A! I szwajcarski scyzoryk dla rodziciela (TUTAJ recenzja). No i paździerzo-krowi dzwonek do szalonej kolekcji dzwonków.
Jezioro Bodeńskie

Spodobał Ci się ten wpis? Polub zatem mojego bloga na Facebooku i obserwuj go na Bloglovin!


Mam nadzieję, że przebrnęliście przez ten giga-wpis i dacie znać w komciach, czy mieliście okazję być w którymś z wyżej wymienionych miejsc. Poniżej znajdziecie obiecane linki do innych blogów:

Jeśli prowadzisz bloga językowego lub o kulturze jednego kraju/obszaru językowego i masz ochotę dołączyć do naszej akcji, to serdecznie zapraszamy! TUTAJ znajdziesz link do naszej facebookowej grupy, wyślij administracji krótką wiadomość o sobie/swoim blogu i dziel się z nami swoimi pomysłami :).

10152572_10203864810165399_6764860226285801048_n

25
  • Różowa Klara
    25 czerwca, 2014

    Rewelacyjnie!

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Klara, byłaś już w Niemczech, Szwajcarii albo Austrii?

    • Różowa Klara
      26 czerwca, 2014

      Mam za sobą Wiedeń i w planach może jeszcze w tym roku Dusseldorf.

  • Ewelina Kaproń
    25 czerwca, 2014

    Mega świetny wpis! Czytałam z zapartym tchem :) Jak do tej pory miałam okazję być tylko w Berlinie. Mam nadzieje, że szybko tam wrócę :P CHciałabym zwiedzić chociaż kilka najbardziej znanych muzeów. Do tej pory nie mogę sobie darować, że nie wjechałam windą na Fernsehturm. Co do innych niemieckich miast myślę, że jeszcze wszystko przede mną hehe. A propos jedzenia: szczególnie miło wspominam Currywurst i naleśniki smażone na masełku z migdałami (Crêpe). Po prostu pychota! Jeśli mowa o książkach to faktycznie warto upolować pozycje z serii Mangelexemplar. Sama mam jedną taką książkę w domu. Poki co nie czytałam, bo strach się za to zabrać :) Dla tych co nie mieli okazji skosztować niemieckich trunków polecam Jägermeistera. Faktycznie w Niemczech o wiele taniej niż w Polsce :/

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Ja testowanie Jägermeistera też już mam za sobą i moim zdaniem to dobry trunek na zimowe wieczory, chociaż ja za ziołowymi alkoholami nie przepadam.

      W Niemczech jest mnóstwo pięknych miejsc do zobaczenia, autostrady są dobre i bezpłatne, są też grupowe bilety weekendowe, więc nic tylko rezygnować z urlopu w Tajlandii i jechać na wieś bawarską ;D. A tak serio – samych udanych podróży po Dojczach :))!

  • Rubella
    25 czerwca, 2014

    Bardzo ciekawy i wyczerpujący wpis! Zrobiłaś mi smaka na czekoladę!

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Wierz mi, że sama się oblizywałam jak pisałam tego posta ;). Czekolady Läderach można też kupić w Niemczech, a przynajmniej można było, ale nie pamiętam już dokładnie gdzie. Ichnia czekolada na serio nie ma sobie równych, jest kosmicznie droga, ale czegoś takiego trzeba chociaż raz w życiu spróbować.

  • Français-mon-amour
    25 czerwca, 2014

    Kolejne argumenty za odwiedzeniem Szwajcarii i Niemiec :)

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Szczególnie, że Niemcy są tuż za miedzą! Szczególnie we wschodnich Niemczech jest dużo turystów z Polski: Drezno, Lipsk, Cottbus, Berlin, Erfurt – na ulicy praktycznie zawsze słychać na piękny język (czasem tylko przeplatany jakimś drobnym przekleństwem ;)).

  • Dorota S
    25 czerwca, 2014

    Sklepy zamknięte w niedzielę – to mi się podoba! A jeśli kiedyś zawitam do Szwajcarii, to z pewnością sprawdzę osobiście jakość tamtejszej czekolady ;)

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Mi się ciężko było do tych sklepów przyzwyczaić, szczególnie, że nie zawsze w tygodniu był czas na duże zakupy. Ale z drugiej strony to pomaga w utrzymaniu samodyscypliny i ogarnięcia życiowego ;).

  • Aleksandra Niemiecka Sofa
    25 czerwca, 2014

    Rheinfall – wpisuję na swoją listę do zobaczenia :) Czekolady Szwajcarskie to niebo w gębie! A nad jezioro Bodeńskie koniecznie muszę się wybrać, bo w okolicy urodziła się moja babcia :) Aż wstyd,że mnie tam jeszcze nie było.

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Bodeńskie jest niestety bardzo daleko od Polski i ja pewnie bym tam też nieprędko zawitała gdyby nie mój Erasmus. Z drugiej strony szkoda, żeby Polacy takiego urokliwego miejsca nie znali, więc staram się promować Konstancję i okolice wszędzie, gdzie się da ;).

  • Jo
    25 czerwca, 2014

    Ten Glacier Express mnie naprawdę zaciekawił, słyszałam o takim pociągu panoramicznym co wyjeżdża z Berna i jedzie sobie wolniutko górami, a widoki cudowne, ale to chyba nie to…

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Glacier Express jeździ na dwóch trasach St.Moritz/Davos-Zermatt. Z innych pociągów kojarzę jeszcze Bernina Express, ale z tego, co widzę to jeździ na trasie Chur / Davos Platz / St. Moritz – Tirano – Lugano. Jest cała masa tego typu pociągów, więc ten wyjeżdżający z Berna jest zapewne podobny ;).

  • N. ze Szwecjobloga
    25 czerwca, 2014

    Aaaaa, tyle informacji na raz! Przeczytałam i chłonęłam, na pewno wrócę do Twojego posta i będę o nim pamiętać, jeśli kiedyś przyjdzie mi do głowy wypad do Niemiec albo Szwajcarii. Kawał dobrej roboty. A wstęp… Aż się rozmarzyłam – nie sesją, czereśniami i ryneczkiem!

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      No ja tu u siebie ryneczku nie mam, więc mogę tylko pomarzyć, a Ty zamiast tego leć gdzieś tam u siebie i wcinaj czereśnie! U mnie są tylko te czerwone, a w ogóle nie ma moich ulubionych jasnych.

      Sama się trochę rozmiarem tego posta speszyłam, trzeba go było podzielić na 2 mniejsze ;). Bardzo lubię podróżować i obserwować nowe miejsca, mam chyba w móżdżku specjalny fragment, gdzie mi się te wszystkie zebrane informacje stadnie gromadzą ;D.

  • Studia, parla, ama
    25 czerwca, 2014

    Od razu widać, że autorką wpisu jest osoba, która naprawdę wie, co mówi – napisałaś właściwie taki mały przewodnik :)
    Zaciekawił mnie ten wodospad, czy bilety są bardzo drogie?

    alessandra

    • Diana Korzeb
      25 czerwca, 2014

      Bilety nie są drogie, bo kosztują ok 5 franków, ale jeśli ktoś ma ograniczony budżet to wodospad można podziwiać w pełnej krasie za darmo :)

      No cóż, jakkolwiek megalomańsko ;) by to nie zabrzmiało prowadzę bloga również dla siebie i staram się pisać tak, jakbym sama chciała u kogoś coś przeczytać. Mam nadzieję, że wpis się komuś przyda :).

  • Dorota
    26 czerwca, 2014

    Precle uwielbam, kiełbasek staram się unikać. Co do kartoffelsalat to zadzwiła mnie bardzo. Podana w restauracji… to była ciepła sałatka! Spodziewałam się raczej czegoś w stylu amerykańskiej pysznej potato salad, a tu taka niespodzianka. Ciepłe ziemniaki z jakimś kwaskowatym sosem, w ogóle mi to nie posmakowało. Ale jako ciekawostka, warto poznać :)
    Bardzo interesujący cały wpis, od siebie dodam jescze, że Niemieckie miasta najlepiej zwiedza się na rowerze!

  • Schneewittchen
    26 czerwca, 2014

    Z mojego doswiadczenia:
    – jesli chodzi o dozwolona predkosc na autostradzie to owszem jak najbardziej jest ograniczenie, przepisy mowia wyraznie o 140 km/h.
    – sprawa z Pfand’ami w restauracjach jest bardzo prosta. Placimy tylko za napoj a butelki po prostu nie zabieramy ze soba. Jesli chcemy wziac napoj na wynos razem z butelka musimy o tym poinformowac przy zakupie. Wtedy policzona zostanie kaucja, a butelke mozemy wziac ze soba i oddac ja w automacie w supermarkecie razem z innymi.
    – Berlinie polecam serdecznie muzeum figur woskowych i muzeum natury. Robi wieelkie wrazenie :-)
    – co do Kartoffelsalat.. ja tez nie bylam wielka fanka, ale salatka salatce nierowna. Nie wiem gdzie probowalas, ale ja nasluchalam sie i przyjezdzajac pierwszy raz do Berlina rozczarowalam sie gorzko… nie moj smak, nic nadzwyczajnego. Ot ziemniaki z czymstam. Rok pozniej jednak przyjechalam do Baden-Wuertenberg i tu skosztowalam calkowicie innej salatki ziemniaczanej. Tutejsza odmiana jest typowa wlasnie dla tego landu i dla Bawarii. Rozni sie smakiem, skladem, konsystencja, wszystkim. I jest naprawde pyszna. Wlasnie wczoraj zrobilam po raz pierwszy samodzielnie i od “tubylcow” uslyszalam, ze wyszla mi swietnie :-)

    • Diana Korzeb
      26 czerwca, 2014

      Dzięki za świetny komentarz, ale z jednym punktem się nie zgadzam. Na niemieckich autostradach ogólnie nie ma ograniczenia prędkości, natomiast w niektórych miejscach (a być może i Bundeslandach) jest. Jak przekraczasz granicę w Świecku i wjeżdżasz do Brandenburgii, to stoi tam znak informujący o ograniczeniach prędkości w całych Niemczech. Jest tam znak z zalecaną maksymalną prędkością 130 km/h, czyli można się tego trzymać, ale oficjalne ograniczenie to to nie jest :).

      W Berlinie jest tyle do zobaczenia, że każdy znajdzie tam coś dla siebie. Sprawdzę chętnie polecane przez Ciebie muzea, szczególnie to drugie, bo po londyńskim Madame Tussauds jestem lekko rozczarowana muzeami figur woskowych, ale może ktoś z Czytelników będzie miał ochotę je odwiedzić.

      To jak tam zachwalasz tę Katroffelsalat to ja poproszę koniecznie przepis!

  • Magdalena Surowiec
    1 lipca, 2014

    Niemiecka chemia rzeczywiście jest o wiele lepsza. Kiedy jadę do Polski, to zawsze zaopatrzę rodzinę.

  • Patrycja
    21 marca, 2015

    Byłam w Berlinie już jakieś 9 lat temu na, jakby to powiedzieć, “mini wymianie” międzyszkolnej. Półtora tygodnia w stolicy u zachodnich sąsiadów a wspomienia na całe życie. Przede wszystkim szkoła, u której przebywałam z grupą zapewniła nam szereg atrakcji każdego dnia. Miałam wówczas 12 lat, więc opinie o pewnych miejscach mogłyby się w porównaniu z dzisiejszym dniem zmienić, ale pamiętam doskonale Britzer Garten – rozległe ogrody z przeróżnymi roslinami, zwierzętami (np. przechodzące tuż obok ścieżki raki), naturalnie Reichstag (kilkudziesięciometrowe kolejki;), zoo, muzeum (nie pamiętam dokładnie czego! prawdopodobnie techniki, w każdym bądź razie było ono bardzo multimedialne, dla dzieciaków doskonałe) całe centrum, kościoły, Poczdam, wiele można wymieniać, przy okazji było tez coś w stylu światowego dnia dziecka (tłumy dzieci z różnych stron świata na ulicach). Poza tym tradycyjne picie soku jabłkowego z wodą mineralną (wówczas było to coś ohydnego – w końcu za dzieciaka musiało być jak najsłodziej, a ci nam kazali rozcieńczać;) i obkupowanie się w żelkach i innych pysznych niemieckich słodyczach. Mam zamiar w tym roku wrócić i powspominać trochę. Daleko nie mam, ale wiadomo, różnie bywa :)
    Post oczywiście bardzo ciekawy :)

    • Diana Korzeb
      22 marca, 2015

      Partycja, miło Cię znowu widzieć w komentarzach :)

      Dzięki za podrzucenie kolejnych pomysłów na zwiedzanie Berlina, będzie jak znalazł przy kolejnej wizycie. Jak dokądś jadę, to zazwyczaj korzystam z pomysłów na tripadvisorze. Tak właśnie znalazłam wspomnianą w tekście Classic Remise Berlin i gorąco Ci ją polecam, jest trochę na uboczu, ale z GPSem to nie problem ;).

      Jeśli lubisz zwariowane i nietypowe rzeczy, to można też zajrzeć do Muzeum Curry Wurst, ostatnio oglądałam filmik na yt, gdzie można je było trochę podejrzeć i wyglądało dosyć zabawnie.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


KURS:
Niemiecki w Przedszkolu

Podaj swój adres e-mail i dołącz do listy osób zainteresowanych kursem.
Po zapisie na newsletter otrzymasz listę pond 20 pytań, które możesz zadać opiekunom Twojego dziecka podczas wychodzenia z placówki:
Czy moje dziecko płakało? Czy wszystko zjadło? Z kim się dziś bawiło? itp